Psycholog tłumaczy, dlaczego poczucie pustki dotyka nawet ludzi sukcesu

W sali konferencyjnej na dwudziestym piętrze wciąż unosi się zapach kawy i stresu.

Na ekranie świecą liczby, które większości ludzi zapierałyby dech w piersiach: rekordowy obrót, wzrost, premie. Współpracownicy przybijają sobie piątki, ktoś żartuje o szampanie. Potem drzwi się zamykają, zgiełk cichnie i on zostaje sam. Siedzi w gabinecie ze szklanymi ścianami, patrzy na miasto pod sobą – i kompletnie nic nie czuje.

Ani radości. Ani wdzięczności. Raczej dziwny chłód i pustą ciszę gdzieś w głębi klatki piersiowej. „Powinienem być szczęśliwy” – przemyka mu przez głowę, kiedy w drodze do domu zamawia drogie sushi, którego nawet nie kończy. W telefonie skaczą gratulacje na LinkedInie, ale on ma ochotę tylko wyłączyć ekran i zniknąć pod kołdrą. Z zewnątrz wygląda to jak szczyt. W środku bardziej przypomina dno.

Psychologowie mówią, że właśnie w takich momentach najgłośniej odzywa się poczucie pustki. I ma ono dość nieoczekiwane przyczyny.

Dlaczego pustka przychodzi właśnie w chwili sukcesu

Poczucie pustki u ludzi sukcesu często nie pojawia się w kryzysie, ale wtedy, gdy „wszystko powinno być w porządku”. Kiedy kredyt hipoteczny spłacony, CV pełne prestiżowych firm, a Instagram wypełniony ładnymi zdjęciami. Z zewnątrz wygląda to niemal doskonale, w środku jednak coś skrzypi, jakby stary dom udawał stabilny, ale gdzieś w fundamentach jest pęknięcie.

Pustka odzywa się wtedy, gdy życie długo kierowało się zasadą „kiedyś…”. Kiedyś zdobędę tę posadę. Kiedyś będę tyle zarabiać. Kiedyś będę miał własne mieszkanie. Tylko że ten moment nadchodzi, meta zostaje przekroczona… a mózg, zamiast ulgi, nagle nie ma dokąd biec. Zostaje sam na stadionie i nie wie, co zrobić z ciszą, która następuje po aplauzie.

Jedna warszawska psycholożka opowiadała mi historię klientki, która „miała wszystko”. Miała 34 lata, zarządzała zespołem w międzynarodowej firmie, posiadała mieszkanie i auto, dwa razy w roku latała na wakacje. Koledzy nazywali ją „kobietą ze stali”, bo ogarniała trzy projekty jednocześnie. Pewnego ranka jednak została w samochodzie przed biurem i nie mogła wysiąść. Nie dlatego, że by nie dała rady. Raczej dlatego, że nagle przestała rozumieć, po co miałaby to robić.

Wypełniły razem kwestionariusz dotyczący sensu życia. Wyszło, że większość jej decyzji przez lata była motywowana strachem: żeby nie być biedną, żeby nie zawieść rodziców, żeby nie być „tą, która nic nie osiągnęła”. Badania pokazują, że podobny wzorzec ma mnóstwo ludzi: sukces napędzany strachem przynosi wyniki na papierze, ale niewiele radości w ciele. Poczucie pustki to nie porażka. To raczej ciało, które mówi: „Tak dalej już nie może być.”

Psychologowie tłumaczą ten paradoks całkiem prosto. Mózg przez całe lata łączy wartość z osiągnięciami. Każda piątka, każdy awans, każdy like z zewnątrz staje się małą dawką uznania. Tylko że gdy dawka wyparowuje, człowiek potrzebuje kolejnej. I jeszcze kolejnej. Z czasem przypomina to emocjonalną kofeinę. Działa, ale tylko na krótko. I pewnego dnia przychodzi ranek, kiedy kawa już nie pomaga.

Wtedy pojawia się pustka. To nie dziura, którą powinien wypełnić kolejny sukces. To raczej przestrzeń, w której po raz pierwszy wyraźnie widzimy, jak bardzo po drodze oddaliliśmy się od samych siebie. Kiedy przez lata żyjemy dla braw, dziwi nas, że bez nich nie wiemy, kim właściwie jesteśmy?

Jak rozmawiać z pustką, zamiast przed nią uciekać

Pierwszy krok, który psychologowie często proponują, jest zaskakująco cichy: przestań od razu wypełniać pustkę. Pozwól jej być przez chwilę. Nie sięgaj automatycznie po nowy projekt, serial, wino czy telefon. Usiądź na kanapie, w parku, w aucie, gdziekolwiek – i po prostu pozwól sobie odczuć, co się dzieje w środku. Brzmi to niemal banalnie. Ale spróbuj tylko posiedzieć pięć minut i niczego „nie załatwiać” – dla osoby przyzwyczajonej do wydajności to niemal mała rewolucja.

Pomaga też bardzo konkretny gest: weź kartkę i napisz zdanie „Czuję pustkę, kiedy…”, a potem dokończ, co się pojawi. Bez autocenzury, bez literackich ambicji. Na przykład: „Czuję pustkę, kiedy wracam do domu i nikt nie pyta, jak minął dzień”. Albo: „Czuję pustkę, kiedy kończę wielki projekt i nikt mnie nie potrzebuje”. To proste ćwiczenie potrafi przekształcić bezkształtne odczucie w coś, z czym można dalej pracować. Z ciemności powstaje zarys.

Ten emocjonalny schemat znamy niemal wszyscy: moment, kiedy wszystko na papierze się zgadza, ale w środku coś zgrzyta. I właśnie tutaj często wpada się w największą pułapkę – wstyd. Ludzie, którzy zaszli „daleko”, boją się przyznać, że w tym wszystkim nie czują się dobrze. Obawiają się, że zabrzmi to niewdzięcznie. Psychologowie słyszą to zdanie w kółko: „Wstydzę się, że nie jestem szczęśliwy, skoro mam tak dobre życie”. Stąd już tylko krok do tego, by zacząć przykrywać pustkę ironią, nadgodzinami albo koszykiem zakupowym pełnym drogich rzeczy.

Bądźmy szczerzy: nikt tak naprawdę nie robi tego codziennie. Nikt nie budzi się rano z chęcią analizowania swojego wnętrza jak arkusz Excela. Mimo to warto czasem do tego usiąść. Nie jako do obowiązkowego samorozwoju, ale jak do rozmowy z kimś, z kim niestety spędzimy resztę życia – z samym sobą.

W terapii często pojawia się moment, kiedy klient mówi: „Mam wrażenie, że żyję nie swoim życiem”. Brzmi dramatycznie, ale w rzeczywistości często chodzi o sumę drobnych kompromisów. Studiowałem to, czego chcieli rodzice. Pracowałem tam, gdzie „się opłacało”. Byłem z kimś, kto dobrze wyglądał na zdjęciach. Te wybory niekoniecznie muszą być złe. Tylko czasem w nich giniemy, jakbyśmy ruszyli szlakiem turystycznym, który prowadzi zupełnie gdzie indziej, niż początkowo chcieliśmy.

Psychologowie mówią o celach „zewnętrznych” i „wewnętrznych”. Zewnętrzne są widoczne: pensja, tytuły, rzeczy, prestiżowy adres. Wewnętrzne najtrudniej wpisać do CV: poczucie, że robię coś sensownego, że należę do ludzi, którym ufam, że potrafię być sam ze sobą w ciszy. Kiedy długoterminowo gonimy te pierwsze, ignorując te drugie, rezultatem bywa właśnie pustka. Jak gdybyś jadł same słodycze – przez chwilę fajnie, ale w końcu ciało zażąda czegoś innego.

Jedna konkretna metoda, którą polecają psychologowie, to „inwentaryzacja dnia”. Pod koniec dnia przejrzeć ostatnie 12 godzin i odpowiedzieć sobie na dwa pytania: „Kiedy czułem się żywy?” i „Kiedy zupełnie nic nie czułem?” Odpowiedzi bywają zaskakująco proste: ktoś rozkwita przy porannej kawie z kolegą, inny przy wieczornej zabawie z dziećmi, jeszcze ktoś przy pół godziny rysowania. Często to nie są najdłuższe ani najdroższe momenty. To te, w których nie byliśmy „wydajną wersją siebie”, tylko po prostu sobą.

Błąd, który popełnia wielu ludzi, polega na tym, że chcą rozwiązać pustkę wielkim gestem. Wypowiedzenie w pracy, rozstanie, przeprowadzka do innego kraju. Czasem oczywiście ma to sens. Tylko że kiedy pustka jest w środku, żadna zmiana adresu jej sama z siebie nie wymaże. Praca psychologa bywa często znacznie mniej filmowa: szukanie małych, ale trwałych korekt w codziennym rytmie, w relacjach, w sposobie, w jaki mówimy sami o sobie.

Wielu ludzi również bagatelizuje własne odczucia. Mówią sobie: „Po prostu jestem zmęczony”. „To tylko w mojej głowie”. „Nie mam prawa narzekać, inni mają gorzej”. Przez to pustka tylko głębiej się zagniżdża. Czasem aż do ciała – w postaci zmęczenia, bezsenności, bólów pleców, które nie do końca zgadzają się z wynikiem rentgena. Ciało wtedy mówi to, czego sami nie pozwoliliśmy sobie wypowiedzieć na głos.

Jeden z psychologów, z którymi rozmawiałem, powiedział mi zdanie, które długo zostaje w głowie.

„Pustka nie jest twoim wrogiem. To wiadomość: tak żyłeś dla innych. Teraz czas dowiedzieć się, jak chcesz żyć dla siebie”.

Czasem wystarczy zacząć od naprawdę małych zmian:

  • jedno popołudnie w tygodniu nie planować nic „użytecznego”
  • znaleźć osobę, z którą możesz rozmawiać bez roli „odnoszącego sukcesy”
  • spróbować aktywności, której nie da się zmierzyć wynikiem (malowanie, bieganie bez zegarka, śpiew, ceramika)
  • świadomie odmówić jednej „świetnej okazji”, która jednak wewnętrznie cię nie kręci
  • powiedzieć na głos, przynajmniej jednej osobie: „Wszystko mi się udaje, ale nie czuję się dobrze”

Te kroki same w sobie nie załatają każdej wewnętrznej dziury. Mogą jednak stworzyć pierwsze wysepki, na których można stanąć, gdy dookoła wciąż jeszcze szumi woda.

Co z tego zabrać, nawet jeśli pustka póki co tylko cię muska

Poczucie pustki u ludzi sukcesu to coś, o czym głośno mówi się niewiele. Nie pasuje to do firmowych świętowań ani na motywacyjne plakaty. Mimo to w ciszy gabinetów terapeutycznych wraca raz za razem, poprzez branże, grupy wiekowe i wysokości pensji. To nie modna diagnoza ani kaprys pokolenia. To sygnał, że w kulturze wydajności i ciągłego porównywania gdzieś po drodze ginie coś delikatnego – wewnętrzny kompas.

Może właśnie dlatego tylu ludzi dzieli anonimowe wpisy na forach i w mediach społecznościowych, gdzie przyznają: „Osiągnąłem wszystko, czego chciałem. I teraz nie wiem, co dalej”. W tym przyznaniu nie ma słabości, raczej odwaga. Przyznanie się do własnej pustki to często pierwszy krok ku temu, by z czasem zapełnić ją czymś prawdziwym. Nie kolejną nagrodą, ale może związkiem, w którym można być też słabym. Albo pracą, która nie lśni tak bardzo, ale wieczorem po niej zasypiasz bez ciężkiego kamienia na piersi.

Może właśnie teraz zastanawiasz się, czy dotyczy to też ciebie. Czy to zmęczenie, którego nie da się przespać, albo to dziwnie przyspieszone nic w środku niedzielnego popołudnia, to nie tylko „zły nastrój”. Odpowiedzi nikt nie ma za ciebie. Można jej jednak szukać – z terapeutą, z bliską osobą, albo przynajmniej w ciszy własnej kuchni przy filiżance herbaty. Czasem wystarczy, by pierwsze zdanie brzmiało: „Coś we mnie jest puste i nie chcę dłużej tego zamiatać pod dywan”.

Poczucie pustki bowiem nie boi się luksusowych biur ani medali za zasługi. Spokojnie usiądzie na brzegu twojego łóżka w bloku albo w pierwszej klasie samolotu. I może ma jedną nieoczekiwaną zaletę: zmusza nas do zatrzymania się i zadania pytania, co by się stało, gdybyśmy chociaż na moment przestali grać rolę „człowieka sukcesu” i pozwolili sobie być po prostu człowiekiem. Tej odpowiedzi nikt za ciebie nie napisze. Może jednak zmienić to, jak będą wyglądały wszystkie twoje kolejne „sukcesy”.

Kluczowy punkt Szczegóły Korzyść dla czytelnika
Paradoks sukcesu i pustki Pustka często pojawia się w momencie osiągnięcia widocznego sukcesu Pomaga zrozumieć, że z odczuciem nie jest „coś nie tak”
Różnica między celami zewnętrznymi a wewnętrznymi Wydajność i prestiż vs. sens, relacje i wewnętrzny spokój Pozwala czytelnikowi lepiej ustalić priorytety
Praktyczne kroki w pracy z pustką Inwentaryzacja dnia, małe zmiany, otwarta rozmowa Daje konkretne wskazówki, jak zacząć już teraz, bez wielkich gestów

FAQ:

  • Dlaczego czuję pustkę, mimo że obiektywnie mam „dobre życie”? Ponieważ sukces mierzony z zewnątrz nie musi odpowiadać temu, czego naprawdę potrzebujesz w środku – pustka to sygnał rozbieżności, nie rozpieszczenie.
  • Znana pustka po osiągnięciu celu, czy to normalne? Tak, tzw. „post-achievement blues” doświadcza wielu ludzi – ciało i psychika reagują na koniec długotrwałego napięcia i zmianę kierunku uwagi.
  • Jak poznać, że powinienem już szukać pomocy psychologa? Kiedy poczucie pustki trwa tygodniami, zabiera ci energię, chęć do działania i wpływa na sen, relacje lub pracę, to dobry moment, by poprosić o fachową pomoc.
  • Czy wystarczy zmienić pracę lub związek, żeby poczuć się lepiej? Czasem tak, ale bez wewnętrznej pracy stare wzorce często powtarzają się też w nowym środowisku – zewnętrzna zmiana nie gwarantuje wewnętrznego spokoju.
  • Co mogę zrobić dziś wieczorem jako pierwszy krok? Poświęcić sobie 10 spokojnych minut, zapisać, kiedy w ciągu dnia czułeś się żywy, a kiedy pusty, i o jednym z tych punktów porozmawiać z kimś, komu ufasz.
Przewijanie do góry